To był zawsze ciepły dom

W latach trzydziestych mieszkaliśmy w bardzo ładnym mieszkaniu przy Marszałkowskiej. Ojciec prowadził ze swoim przyjacielem Imrothem firmę, rozprowadzającą chemikalia, farby, lakiery. Firma dobrze prosperowała, pieniędzy nie brakowało, a ojciec całe życie miał szlacheckie ciągoty do własnego kawałka ziemi. Stąd już była prosta droga do budowy własnego domu.
W Michałowicach mieszkała cioteczna siostra ojca Janina Borkowska, z mężem Tadeuszem, inżynierem architektem. Jeździliśmy do nich czasami i ojciec postanowił kupić jakiś plac w sąsiedztwie, a następnie zbudować na nim dom, zwłaszcza że architekta miał niejako pod ręką.
Działkę kupiliśmy wbrew pozorom nie od hrabiny Grocholskiej, właścicielki dóbr Michałowice, lecz od Towarzystwa Przyjaciół Michałowic. Dlaczego? No właśnie, to bardzo ciekawa historia. Otóż przed wojną, jeśli się chciało sprzedać działkę z przeznaczeniem na budowę, trzeba było przedtem wytyczyć i wykonać drogi, chodniki, zrobić odwodnienie, doprowadzić prąd itd. Hrabiny nie było na to stać, więc pierwsi mieszkańcy założyli Towarzystwo Przyjaciół Michałowic. Co dziesiąta sprzedana działka – a raczej należność za nią – należała do Towarzystwa, które za te pieniądze kopało rowy odwadniające, zakładało światło na ulicach, chodniki itp. Towarzystwo przetrwało do roku 1945, po czym nie sprzedane jeszcze place upaństwowiono i rozdano kolesiom za zasługi.
Już przed wojną osiedle Michałowice miało wytyczone ulice i drogi – projektantem był mój wujek, Tadeusz Borkowski. Z naszego punktu widzenia popełnił jeden błąd – nie przewidział dzisiejszego ruchu samochodowego i zaplanował ulice za wąskie.
W Michałowicach od początku były kłopoty z wodą. Wszystkim zalewało piwnice. Do dziś domy buduje się tu na wysokich parterach. Tuż przed wojną miejscowa Spółka Wodna zaczęła drenować tereny tym obywatelom, którzy do niej przystąpili. Ale podczas budowy naszego domu cały czas były trudności z podsiąkającą wodą; dlatego podłoga w piwnicy ma miejscami ponad trzydzieści centymetrów grubości. Pamiętam, że przed wojną na rogu ulicy Jesionowej i Raszyńskiej leżały wysokie drewniane pomosty, żeby umożliwić dojście do kolejki, takie tam było bajoro. Za okupacji Niemcy pozwolili mieszkańcom brać kredyty na meliorację z niemieckich banków. Za te pieniądze zmeliorowano co się dało, spłacając powolutku kredyt. Problem sam się rozwiązał z chwilą odejścia Niemców.
Malutka rzeczka Raszynka przed wojną była rozlewiskiem szerokosci 400 albo 500 metrów. Była ostoją i gniazdowiskiem wszelkiego dzikiego ptactwa wodnego: czapli, bocianów, bąków, kulików. Chodziło się na spacery na łąki, aby posłuchać ptasiego koncertu. Potem, po melioracji, to się skończyło.
Nasz dom został zaprojektowany po wielu gorących konsultacjach z Tadeuszem Borkowskim. Pamiętam awanturę o strych — była wtedy taka moda, żeby domy budować bez strychów. Na szczęście tata się uparł i powstał wysoki, przestronny strych, służący nie tylko jako suszarnia do bielizny, ale także jako wspaniała przechowalnia różnych chwilowo niepotrzebnych gratów. Bywało, że taki mebel, odkryty po latach, odnowiony, znów zaczynał budzić powszechny zachwyt.
Powstał dom murowany, z przestrzenią powietrzną w murach. Budował go pod nadzorem inżyniera Borkowskiego majster budowlany Bigdowski, który zresztą wzniósł większość domów na osiedlu. Spisał się doskonale i postawił dom solidny, z dobrą stolarką, ze wszystkimi potrzebnymi instalacjami. Tuż przed wojną zgłosił się do nas doskonały majster Maciak, mieszkający bodajże w Nowej Wsi. Praktykował swego czasu we Francji. On nam położył elewację, która przetrwała do dziś bez jednego pęknięcia. Taras był przed wojną otwarty — dopiero po wojnie go zabudowano i chociaż niby tą samą techniką co mistrz Maciak, to jednak bardzo się zniszczyło. Okazuje się, że nie tylko materiał jest ważny, ale także biegłość rzemieślnicza. Założenie ogrodowe było pomysłem ojca, chociaż później naturalnie to mama doglądała wszystkiego. Ten teren byl kompletnie goły, nie było tu ani drzewka, ani krzaczka, trzeba było wszystko od podstaw zaprojektować i zrealizować. Tarasowata górka wzięła się stąd, że pośrodku ogrodu wykopano staw, który przetrwał nawet wojnę, a doszła jeszcze ziemia z wykopu pod dom. Ojciec miał przyjaciela, który był szefem od spraw zieleni w Łazienkach i od niego dostawał różne piękne i rzadkie rośliny.W jednym miejscu na przykład rosły dwa szpalery przepięknych róż — jeden szpaler kremowych, drugi łososiowych. Były do 1939 roku, potem trzeba je było wyrzucić i posadzić na to miejsce kartofle. Taki jest los pięknych ogrodów w Polsce. 
Zamieszkaliśmy w domu we czwórkę: rodzice, mój brat i ja. Chodziliśmy z bratem do gimnazjum w Warszawie, dojeżdżając naturalnie kolejką EKD, w której wszyscy się znali. Nie tylko w Michałowicach, na całej trasie kolejki mieszkał dość jednorodny element — głównie urzędnicy i właściciele drobnych firm, choć zdarzali się przedsiębiorcy dużego kalibru; trochę dobrych rzemieślników, ludzi wolnych zawodów, no i wojskowych. Przy ulicy Wojska Polskiego w Michałowicach mieszkali na przykład sami piloci i obserwatorzy. Żyliśmy sobie spokojnie, aż przyszedł 1939 rok. Mama została sama, bo ojciec prócz własnej firmy pracował w zakładzie zbrojeniowym, z którym razem został ewakuowany najpierw na południowy wschód Polski, a potem do Rumunii. Po roku, kiedy się zorientował, że do Francji już się nie przedostanie, przez Wiedeń wrócił do Polski, do nas. I już całą okupację byliśmy razem. Pamiętam, że jeszcze we wrześniu 1939 roku z kolegami, którzy zostali wypędzeni z Toruńskiego, czyli z Reichu, odbijaliśmy na powielaczach jakieś tajne gazetki. Potem towarzystwo od gazetek się rozpierzchło, większość, wraz ze mną, znalazła się w AK. Moim dowódcą był wujek Tadeusz Borkowski. 
Spytano mnie kiedyś, dlaczego wstąpiłem do AK, a nie na przykład do Gwardii Ludowej. Odpowiedziałem, że w czasach, kiedy ja poszedłem do AK, na żadną Gwardię Ludową nawet się muchy nie goniły. To nawet nie była kwestia preferencji politycznych, chodziło po prostu o to, żeby lać Niemca. Okupacja trwała. Już od początku nasz dom zaczął się zaludniać znajomymi i rodziną, uciekinierami z Warszawy i nie tylko. Trzeba było zadbać o odpowiednie warunki sanitarne i o wyżywienie tej gromady ludzi. Moja mama świetnie sobie z tym dawała radę. 
Kilku obywateli, w tym mój ojciec, założyło spółdzielnię „Michałowiczanka", która znakomicie funkcjonowała, na przykład za pieniądze spółdzielni powstał pierwszy barak szkoły. Na koniec roku obrachunkowego każdy członek spółdzielni dostawał, zamiast dywidendy, worek kaszy, worek mąki, cukier, sól, groch. Działało to wspaniale aż do 1945 roku, kiedy to „Michałowiczanka" została przejęta przez jakąś większą spółdzielnię i zdechła śmiercią naturalną. Za ostatnie pieniądze zarząd kupił dwie działki, na których stoją dziś dwa bliźniacze sklepy GS przy ul. Raszyńskiej. Naprzeciwko jest dom pana Bojarskiego, gdzie mieścił się sklepik spółdzielni z wej ściem przez taras. Ten malutki sklepik na wszystkich zarabiał. Członkowie zarządu — m. in. mój ojciec, pan Bojarski, pan Radzyński, pan Rech — nie potrzebowali ciągnąć zysków ze swojej funkcji, pracowali con amore. 
Żyliśmy spokojnie, aż zaczęły się w Michałowicach nocne bandyckie napady. W odpowiedzi na to osiedle się zorganizowało. Zostało podzielone na cztery części (liczyło wtedy wszystkiego z 50 domów) i w każdej takiej części każdej nocy czuwał inny dom — latem na tarasie, zimą przy uchylonym oknie. Czuwający nasłuchiwał, czy gdzieś nie odzywa się alarm. Wszyscy byli zaopatrzeni w syreny czy inne sygnalizatory, trąbki, brzękadła. System działał genialnie. Jeśli kogoś napadli, włączał on syrenę na głos ciągły, a ci, co tej nocy czuwali — swoje sygnalizatory na dźwięk przerywany. Wszyscy się oczywiście budzili, włączali wszystkie światła i swoje syreny na sygnał przerywany. Przy tych kilkudziesięciu domach to był niezły hałas. Wszyscy biegli w kierunku syreny ciągłej, łapiąc co kto miał pod ręką — kobiety chwytały głównie rondle i patelnie. Bandyci szybko się nauczyli, że z Michałowicami nie ma żartów, i już do końca okupacji mieliśmy spokój. 
W marcu 1944 roku zdarzyła się przykra sprawa. Syn przodownika policji Kusiak, dowódca drużyny AK (7 pułku piechoty legionów) zebrał swoich chłopców na ćwiczenia pomiędzy Michałowicami a Opaczą, przy torach, w szczerym polu. Miejscowi Niemcy (a mieszkało ich tam sporo) to zauważyli i donieśli na żandarmerię w Pruszkowie. Do przybycia żandarmów sami chłopców pilnowali. Żadnemu nie udało się uciec. Chłopców zmasakrowano kijami i zakopano w tym samym miejscu. Jeden z tych, co byli zmuszeni kopać grób dla zamordowanych, furman mojego przyszłego teścia, wróciwszy z tej okropnej ostatniej posługi do domu nie jadł nic trzy dni i w końcu umarł.

 

Moja komórka konspiracyjna dostała polecenie od „góry", żeby zebrać wszystkie wiadomości o tym zajściu dla sądu wojskowego AK. W pierwszych dniach maja, wykonując wyrok sądu, chłopcy z AK zastrzelili żonę i syna jednego z donosicieli z Opaczy — niejakiego Desza. Jego samego nie zastali w domu. Później ukrywał się w Warszawie; podobno był skrajnie wyczerpany psychicznie, na granicy obłędu: w każdym widział swojego kata. Mówią też, że w końcu się powiesił, ale to są nie sprawdzone plotki. 
Przyszło powstanie. Znów zaczęły do Michałowie napływać tłumy. Osiedle przyjęło na przykład wielu rannych, których po drodze zostawiał oddział jakiegoś majora, który z okolic pl. Narutowicza przedzierał się osią kolejki EKD. Rannych zbierały patrole sanitarne, opatrywały, kurowały, umieszczały w życzliwych domach. Sam należałem do takiego sanitarnego patrolu. Naszym zadaniem była między innymi sterylizacja opatrunków. Odbywało się to w następujący sposób: gotowaliśmy opatrunki w wekach wstawionych do dużego kotła wymoszczonego sianem — tak długo, aż wygotowała się woda z weków. Była to znakomita metoda na każde warunki. Nie mieliśmy ani jednego przypadku infekcji. 
W pewnej chwili okazało się, że w naszym domu razem z rodziną mieszka około trzydziestu osób. Trzeba było to wszystko wykarmić, bo nieszczęśni uciekinierzy byli najczęściej bez grosza. Poszło na to wszystko, co udało nam się przechować — jakieś dolary, resztka złota. Zostaliśmy bez niczego. Już po powstaniu, ale z domem ciągle pełnym ludzi, „dostaliśmy" na kwaterę dowództwo dywizji, która zatrzymała się w Michałowicach. Mieli w osiedlu swój punkt opatrunkowy, a nawet kasyno oficerskie. Siedzieli dość długo, ale nie sprawiali specjalnych kłopotów. Mnie akurat w tym czasie ktoś zadenuncjował i musiałem uciekać z domu. Wróciłem dopiero w styczniu 45 roku. Dowiedziałem się wtedy, że mój brat nie przeżył powstania — choć dokładnie nie wiadomo, co się z nim stało, bo po prostu zaginął po nim wszelki ślad. Nawet grób ma tylko symboliczny. Moja mama właściwie do śmierci wierzyła, że brat gdzieś tam żyje. 
Dom zaczął się stopniowo rozgęszczać, ludzie wyjeżdżali — do Łodzi, potem do Warszawy. Zaczęliśmy razem z ojcem odbudowywać naszą firmę. Czasy były ciężkie, żyliśmy praktycznie tylko kartoflami, bo nic innego nie było. Przez jakiś czas nic się szczególnego nie działo; zaczęliśmy już pracować w odbudowanej firmie, ja studiowałem na SGH, byłem tuż przed ostatnimi egzaminami, kiedy — w styczniu 1949 roku — aresztowano mnie razem z całym moim oddziałem. Cóż, przesiedziałem pięć lat, a kiedy wyszedłem, okazało się, że nie mogę już dalej studiować, a nawet dostać żadnej pracy. Po pół roku znalazłem wreszcie pracę — zacząłem jako goniec, żeby po czterech tygodniach zajść w tej firmie całkiem wysoko. 
Jeszcze przed pójściem do więzienia miałem swoją dziewczynę — Halinkę Mazuś z Opaczy, zwaną przez wszystkich Halszką. Halszka czekała na mnie całe pięć lat — pamiętam, że kiedy wyszedłem z więzienia, tuż przed Wigilią, i jechałem się meldować na milicji, spotkałem ją w kolejce. I już zostaliśmy razem — na czterdzieści lat. Mieliśmy dwoje dzieci — syna i córkę. Potem umarli moi rodzice — ojciec w 1961 roku, mama, która ciężko chorowała przez dziesięć lat — w 1972. Dzieci dorosły, pokończyły studia i wyfrunęły do swoich domów. Teraz mieszkam tu z córką, zięciem i wnuczkami. Syn mieszka w Skoroszach, w majątku po dziadkach Mazusiach. 
To zawsze był ciepły dom. Dobrze się nam tu żyło. Marzę o tym, żeby zamieszkały w nim moje wnuki i założyły swoje rodziny. Pełno tu pamiątek, starych mebli, rodzinnych przedmiotów. Myślę, że one będą umiały to uszanować.

Jerzy Maliński
U nas o.k.
nr 9 (66) rok VI, wrzesień 1997

 

Artykuły prasowe, zdjecia oraz wszelkie informacje zamieszczone na stronie zbierane były przez cały czas działalności Biblioteki. Kopiowanie całości lub części artykułów jest dozwolone pod warunkiem podania źródła i autora.